28 maja 2016

CAMINO - dzień 10


Tosantos, Camino
DZIEŃ 9                                                                                                 DZIEŃ 11

Droga do Tosantos. Obiecywałam sobie, że nie więcej jak dwadzieścia kilometrów dziennie, ale po nocy w Santo Domingo, aby nie  narażać się na podobną historię, postanowiłam nie zatrzymywać się w Belorado, jak wszyscy, a pójść do następnej miejscowości. No i znów 28 km.

Wypadłam z klasztoru cystersów, raczej niewyspana, może nawet nieco zmroczona, bez śniadania, bez kawy, za to z bolącymi stopami i myślą: w Grañón zjem śniadanie, to tylko   siedem kilometrów. Dam radę. Siedem kilometrów minie szybko, zwłaszcza o rześkim poranku. Idę po drodze wybudowanej 800 lat temu przez św. Dominika. Nowa szosa jest w równoległa do Camino.
rioja, jola stepien, camino

Niedobrze jest chodzić na głodniaka, bo nie zobaczyłam …
Przed Grañón w polu stoi Krzyż Walecznego (Cross of the Brave) związany ze starym sporem między Santo Domingo a Grañón. Otóż dawno temu ludzie z Grañón uważali, że ten kawał ziemi należy do nich, a ci z Santo Domingo, że do nich. I w najlepsze wycinali tam drzewa, czym oczywiście podnosili ciśnienie Grañónczykom. Zanosiło się na ostrą bójkę, jak to między sąsiadami. Wymyślono więc, aby zapobiec powszechnemu mordobiciu, że każde miasto wystawi jednego osiłka i ten który wyrzuci drugiego ze spornej ziemi wygrywa. Grañón wystawiło chłopa na schwał Martina Garzię, wielbiciela zupy z czerwonej fasoli i chorizo (caparrones), nazwiska śmiałka z Santo Domingo nie znamy, choć wykazał się nadzwyczajną pomysłowością. Przybył nago, wysmarowany olejem. Martin Garzia, znakomity przedstawiciel Grañón, po caparrones silny niezwykle, nie mógł złapać golasa, bo ten ciągle mu się wyślizgiwał. 

Cross od the Brave/ Cruz de los Valientes. Zdjęcie z bloga http://walkwithsandra.blogspot.com - polecam
Garzia zastosował metodę niezbyt elegancką, ale nad podziw skuteczną. Znalazł punkt zaczepienia w odbycie mistrza z Santo Domingo i  w ten sposób udało mu się wyrzucić santodomingańczyka ze spornego terytorium. Nie dziwi więc, że nikt w Santo Domingo nie zapamiętał nazwiska tego, któremu grañónczyk palcem zrobił taki afront. NIe wiemy, co się z nim później stało i nikt nie przyznaje się, by miał w rodowodzie antenata, który nie posmarował olejem tylko jednej części ciała. Natomiast, mimo że kilka dni po walce Martin Garzia oddał ducha  (może z nadmiaru caparrones?) do dzisiaj w polu stoi krzyż i każdego 20 sierpnia, w rocznicę walki, Towarzystwo Przyjaciół Grañón procesyjnie przychodzi pod krzyż i wspomina bohaterskiego Martina. Przynoszą mu kwiaty i jego ulubione caparrones.
W Rioja, gdy chcą usprawiedliwić czyjś brak siły i wytrzymałości mówią: Más caparrones tenías que haber comido – powinieneś był jeść więcej caparrones.
A ja z powodu pustych kiszek i braku kofeiny przegapiłam taką pamiątkę.
Granon, Camino, jola stepien
Granon - kościół San Juan Batista
Gdy zobaczyłam na horyzoncie Grañón, czułam już mocne ssanie w żołądku, ale też urosła nadzieja na szybką kaweczkę i rogala. Szlak wiedzie prostą ulicą przez całe miasto. Ta ulica też jest fragmentem szlaku wybudowanego przez św. Dominika. Szłam przez Grañón głodna i szukałam ekspresu do kawy. Niestety, wzgardziłam sklepo-kawiarnią z kawą z zaparzacza w kartonowym kubku. Ponieważ kierowała mną już tylko żądza kawy, przeszłam przez ponad tysiącstuletnie miasteczko nie patrząc na zabytki. Nie obejrzałam kościoła Jana Chrzciciela (San Juan Batista) z chrzcielnicą z XI wieku. Kaplicy Żydów też nie widziałam. 
Pod koniec wsi wchodziłam już do każdych otwartych drzwi. Weszłam do piekarza, który formował bułki, do jakiejś albergi, gdzie tylko resztki po śniadaniu. Nic. O 7:30 wszystko było jeszcze zamknięte. Co mi przeszkadzał ten kartonowy kubek?
jola stepien, Granon, Camino
Na punkcie widokowym w Granon
Na końcu Grañón jest punkt widokowy. Są ławeczki. Jest studzienka. Wyciągnęłam z plecaka jakąś starą bagietę, jeszcze starszego fueta, wodę i rozważałam swoją głupotę. Przyszła Rossi. Ona też wyszukała w plecaku jakiegoś batona i obie opowiadałyśmy sobie jakiej to kawy się nie napijemy w następnej wsi i czy ktoś słyszał, żeby iść  jedenaście kilometrów na filiżankę kawy?

W Grañón jest najlepsza alberga na szlaku. To opinia tych, co nocowali, i to w różnych dniach, w Grañón w Alberge Parraquial przy kościele Jana Chrzciciela. Opinia nie dotyczy warunków, ale atmosfery i spędzania wieczoru. Wędrowcy wspólnie przygotowują kolację, mają mszę, jedzą, piją, hospitalero animuje wieczór, pielgrzymi opowiadają o sobie, o swoich krajach, jest śpiewanie, opowieści, bardzo przyjaźnie i wesoło.
JOLA STEPIEN, Kastylia, Camino
Za Grañón wchodzimy do Kastylii. W Redecilla del Camino rozpoczyna się Kastylijskie Camino i jest bar. W końcu kawa i rogal. Jakie pyszne! 
W Castidelgado można kupić miejscową czekoladę, a w Viloria de Rioja jest alberga, którą sponsorował Paulo Coelho. Tu też się próbowałam zgubić, tym razem w porę zjawiła się Rossi i pokazała mi strzałkę.
JOLA STEPIEN, Viloria de Rioja, Camino
Viloria de Rioja
W Villamayor del Rio, w restauracji przy szosie kolejna kaweczka i pyszne ciastko z morelami. Nie przegapię już żadnego baru. Wspaniale. W restauracji, pierwszy raz na Camino usłyszałam język polski. Dwie panie, mam nadzieję, że starsze ode mnie, wędrowały do Burgos. Następny odcinek postanowiły zrobić za rok. Zamieniłyśmy dosłownie dwa słowa, bo ja już grzałam się w pałatce i w plecaku, a one dopiero się rozgaszczały.
JOLA STEPIEN, Redecilla do San Juan, Camino
Do Belorado padało. Długi odpoczynek w kościele Marii Panny. W kościele leżały ulotki z rozkładem mszy na trasie do Burgos. I tak z czasu marszu i godzin mszy wyszło mi, że w niedzielę powinno się iść z Redecilla do San Juan. Wtedy można zaliczyć mszę w każdej wiosce, ale jak będę szła z Tosantos, to nie trafię na żadną. Ale jest sobota i w Tosantos jest wieczorna msza. Więc ok.
JOLA STEPIEN, Belorado, Camino
Kościół Santa Maria w Belorado
Do Tosantos tylko 5 km. W samotności. Nikogusieńko na szlaku. Droga wygodna wzdłuż pól kwitnącego bobiku. Bobik pachnie delikatnym mydłem toaletowym. Miło.
Po mnie przyszła już tylko Liba. Jest Czeszką i jest szalenie entuzjastyczna. W alberdze wszystko co miałam, oddałam do prania, łącznie ze śpiworem. 
Z Cristiną i Elisą poszłyśmy na wieczorną mszę. A tu niespodzianka! 
JOLA STEPIEN, tosantos, Camino
Przed kościołem zebrała się cała wieś. Orkiestra, kobiety, dziewczyny i chłopcy ubrani w ludowe stroje z castanietami, z kwiatami. Szykowała się jakaś fiesta. Ksiądz skończył różaniec, ustawiła się procesja i w drogę. Jakaś kobieta pokazała mi, że idziemy na wzgórze do groty Matki Boskiej. Co to dla mnie po 28 km z plecakiem!
JOLA STEPIEN, Tosantos, Camino
Poszliśmy. Było głośno, grająco i śpiewająco. Przed grotą postój. Wyniesiono posążek Maryi przy orkiestrze, dzwonkach, kastanietach i dziarskich podskokach. Matka Boska miała spędzić Boże Ciało (w Hiszpanii w niedzielę po naszym Bożym Ciele) na dole. 
JOLA STEPIEN, tosantos, camino
Ustawiono Maryję w kościele, odmówiono Zdrowaś Mario, ksiądz zaprosił na procesję Bożego Ciała z Madonną w południe i wyszedł! 
I to była dla mnie największa niespodzianka! Mój cały, misterny plan runął! Nie było mszy w sobotę. Popatrzyłyśmy na siebie, w sensie: my pielgrzymki, i z mieszanymi uczuciami wróciłyśmy do albergi. Włoskie dziewczyny też miały plan – równie misterny. 
JOLA STEPIEN, Tosantos, camino
Za nami do albergi poszła cała wieś, bo tylko tam był otwarty bar. Miejscowi wypełnili cały lokal, również na stojąco, a właściciel powiedział mi, że przeprasza, że się nie spodziewał, on jest tu nowy, alberga działa pierwszy sezon, ale na pewno da nam kolację, jak tylko oni wyjdą. Wizyta miejscowych przeciągnęła się - w telewizorze akurat był finał Pucharu Króla. W międzyczasie próbowałam zarezerwować nocleg w Ages, potem w Atapuerca, ale chyba wszyscy oglądali ten mecz.
jola stepien, tosantos, Camino
Na szczęście nie zjedli wszystkiego, a tego bałam się najbardziej. Nie miałam już fueta, tylko suchą dwudniową bagietę. Hospitalero był bardzo szczęśliwy, że wieś zaakceptowała jego i jego bar, i liczył, że będą przychodzić na wszystkie mecze. Był zdziwiony, że jego alberga jest już w mojej aplikacji, chociaż nikomu nic nie zgłaszał. Oczywiście cieszyłam się razem z nim i życzyłam mu powodzenia i sukcesów, ale całej butelki wina „wypić rady nie dałam”.
To był piękny dzień. Kostki bolą bardzo. Zostało 535 km. 
DZIEŃ 9                                                                                                     DZIEŃ 11

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz